Jak to było kiedyś...
Uroczysty pochód ul. Dąbrowszczaków w trakcie Heimatfest we wrześniu 1938 r. Na pierwszym planie szykownie przystrojona platforma gimnastyków.

Jak to było kiedyś...

A więc minęły wakacje i szło się ponownie do szkoły. Uczęszczałam do szkoły ewangelickiej przy Held Straße1. Dyrektorem był pan Mücke, jego zastępcą nauczyciel Förster, nauczycielem muzyki kantor Ilchmann, a poza nimi także nauczyciele: Neumann, Rudolf, Langner oraz dr Köhn i nauczycielki: panna Steudner, Saalmann, Noak, Dahl i Käthe Schubert.

Najbardziej lubiłam lekcje muzyki z kantorem Ilchmannem i lekcje rysunku z nauczycielem Försterem. Panna Saalmann uczyła przyrody i była bardzo, bardzo dobra. Można było bezproblemowo zadawać pytania, co niestety nie zawsze było dozwolone. Nielubiana była panna Noak, ponieważ jeśli nie znało się odpowiedzi, ciągnęła za uszy i jeszcze je dodatkowo wyginała, co strasznie bolało. Nauczyciel Rudolf bił smyczkiem od skrzypiec lub kijkiem. Również u pani Käthe Schubert nie miałam szczęścia. Dla niej byłam po prostu zbyt zarozumiała.

Szkoła katolicka znajdowała się przy Braunauer Straße2. W mojej pamięci utkwił dyrektor, a jednocześnie nauczyciel pan Ullmann oraz jego zastępca kantor Sperling. Z nauczycieli pamiętam jedynie pana Gloger oraz pannę Arlitt.

Dużo zmieniło się na łonie natury. Zebrano już większość plonów z pól, pozostawiając na nich jeszcze tylko ziemniaki i rzepę. U podnóża Windmühlbarge3 dzieci puszczały latawce, a wrony robiły dużo rumoru pustosząc pola. Pradziadek chodził każdego ranka na grzyby, ponieważ kozaków czerwonych, borowików i rydzów było pod dostatkiem. Po prostu trzeba było tylko znać odpowiednie miejsce i nie pozwolić by się zmarnowały. Maliny, czerwone borówki i jagody były już dawno zebrane, za to w końcu, można było zrywać z drzew śliwki i jabłka, co chętnie robił mój brat, wygłupiając się czasem na długiej drabinie.

W 1938 r. już na tydzień przed rozpoczęciem Heimatfest (festynu regionalnego) panował wzmożony ruch i gorączkowe przygotowania. Swój udział zgłosiło bardzo wiele stowarzyszeń i zespołów ludowych, a że nie było zbyt wiele wolnych miejsc w hotelach, każdy kto mógł zwalniał swoje łóżko i przyjmował uczestników we własnym domu. W latach 30-tych do Mieroszowa przybyła rodzina Trautvetter i całkowicie zrujnowany wówczas Hotel Schlesischer Hof 4 przemieniła w prawdziwą perłę, a tamtejsza sala balowa nareszcie mogła być wykorzystana podczas licznych uroczystości.

Specjalnie na nasze święto przyjechało Radio Wrocław ze znaną orkiestrą taneczną pod kierownictwem Walthera Günthera oraz wieloma solistami, których nazwisk niestety już dziś nie pamiętam. Wszystko było potem nadawane w radiu, dając mieszkańcom dodatkowy powód do radości i dumy. Świętowano przez dwa dni, a w niedzielę było szczególnie wesoło. Na rynku stanął wielki namiot, gdzie przyjmowano wszystkich gości. Karuzele zapraszały na przejażdżki, stoiska z rarytasami na kawę. Można było nawet kupić starocie. Strzelnica była oczywiście oblężona przez chłopców,  którzy za punkt honoru stawiali sobie przyniesienie do domu ustrzelonej róży. Mój brat i piwowar Koarle podarowali mojej mamie nawet duży - drogi niemalże jak biżuteria - bukiet. Zespoły przepięknie tańczyły, a muzyka była niemalże wszędzie.

W końcu nastąpił kulminacyjny punkt programu, a mianowicie uroczysty pochód ulicami miasta. Rzemieślnicy, rolnicy, górnicy, gimnastycy, narciarze, wioślarze i działkowicze przystroili przepięknie swe platformy i wystawili je na pokaz w uroczystym pochodzie. To była prawdziwa rozkosz dla oka i po prostu nie można się było napatrzeć. Wszyscy cały czas śpiewali. Później do białego rana tańczono na rynku i wszystkich salach w mieście. Nikt z nas nie przypuszczał, że będzie to nasz ostatni Heimatfest.

Już tydzień wcześniej zapytałam naszego gospodarza Gläsera, czy będę mogła i w tym roku pomóc przy wykopkach, gdyż sprawiało mi to prawdziwą przyjemność. Płacono 50 fenigów za każde popołudnie, a wieczorem pani Gläser podawała szczególnie dobre jedzenie. Zebrane z pól ziemniaki piekliśmy w ognisku i nawet jeśli czasami poparzyły mi się przy nich palce czy buzia, to i tak były to cudowne chwile.

Erica Mannstaedt, 2001 r.

Wspomnienia opublikowane w Waldenburger Heimatbote, nr 933
Opracowanie i korekta: Marcin Flieger, 2016 r.